Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Farmona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Farmona. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 marca 2014

Ulubieniec i niekoniecznie ulubieniec czyli o masłach Farmony słów kilka

Z natury jestem leniuszkiem (albo i leniuchem bo w sumie całkiem sporym) i tak naprawdę dopiero kiedy zaczęłam przeglądać blogi i zdecydowałam się zacząć prowadzić swój - zaczęłam w miarę regularnie używać smarowideł do ciała (w miarę bo czasami zdarza mi się mieć lenia :)). Pamiętam jeszcze czasy jak masła do ciała omijałam szerokim łukiem bo bałam się, że będą się wchłaniać godzinami... Dzisiaj w sezonie jesienno-zimowym nie wyobrażam sobie bez nich pielęgnacji, dlatego też chciałabym Wam powiedzieć co nieco o masłach do ciała z firmy Farmona o zapachu szarlotki z bitą śmietaną oraz ciemnej czekolady i orzecha pistacji, których ostatnio używałam.



Masła do ciała z Farmony zostały umieszczone w okrągłych, plastikowych, odkręcanych pojemniczkach o pojemności 225 ml. Jeśli chodzi o ten typ produktu to dla mnie taka forma opakowania jest najlepsza: nie ma żadnego problemu z wydobyciem go do samego końca. Co prawda trzeba w nim grzebać palcami, ale zanim przystąpię do aplikacji zawsze myję ręce. Masła dodatkowo zostały zabezpieczone sreberkiem więc kupując je mamy pewność, że nikt przed nami nie wkładał w nie paluchów. Design w jednym i drugim przypadku bardzo mi się podoba, ogólnie seria sweet secret ma całkiem fajne opakowania.



Konsystencja jednego i drugiego masła jest taka sama czyli przyjemnie kremowa, mi kojarzy się z takim miękkim masłem do jedzenia, które można od razu rozsmarować na chlebie. Produkt bardzo dobrze rozprowadza się po ciele, nie zostawia po sobie żadnych smug, nie roluje i naprawdę całkiem szybko się wchłania. Czytałam kiedyś, że u niektórych wersja o zapachu ciemnej czekolady i orzecha pistacji brudzi ubrania - u mnie nic takiego nie miało miejsca. 



Producent w przypadku jednego i drugiego produktu obiecuje nam, że dzięki regularnemu stosowaniu tych maseł do ciała nasza skóra będzie wypielęgnowana, jedwabiście gładka i pachnąca. Bogata receptura ma zapewniać intensywne i długotrwałe nawilżenie, łagodzić uczucie szorstkości oraz odżywiać i regenerować skórę a zapach ma pobudzać zmysły i wprowadzać nas w doskonały nastrój.



Skład masła szarlotkowego: Aqua (water), Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Glyceryl Stearate, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, Cera Alba (Beeswax), Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane, Dimethicone, Parfum (Fragrance), Propylene Glycol, Pyrus Malus (Apple) Fruit Extract, Hydrolyzed Milk Protein, Lactose, Cinnamomium Zeylanicium (Cinnamon) Bark Oil, Inulin Lauryl Carbamate, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Bha, E150C, Cl 16255, Cinnamal

Skład masła czekoladowego: Aqua, Butyrospermum Parkii, Isopropyl Myristate, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Helianthus Annuus Seed Oil, Cyclomethicone, Cera Alba, Parfum, Propylene Glycol, Theobroma Cacao Extract, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Pistachia Vera Seed Extract, Acrylates/C10-C30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, Bha, Benzyl Benzoate, Limonene, Benzyl Alcohol, Cl 19140, Cl 14720, Cl 42090



Obietnice umieszczone przez producenta na opakowaniach wg mnie zostały spełnione prócz jednej ale o tym za chwilę. Z działania obydwu maseł jestem tak samo zadowolona. Moja skóra faktycznie była gładka i miła w dotyku, a nawilżenie utrzymywało się od wieczora do wieczora, choć zaznaczam, że moja skóra jest normalna - w przypadku suchej skóry podejrzewam, że mogłaby być konieczność wsmarowania czegoś dodatkowo rano. Jedno i drugie masełko dobrze się rozprowadzało i szybko wchłaniało co dla mnie jest dużym plusem bo nie lubię czekać zbyt długo na założenie pidżamy. Można by było rzec, że jestem z obydwu produktów tak samo zadowolona, ale niestety nie jestem. Tak jak mój nos pokochał wręcz zapach masła szarlotkowego, który mimo swojej intensywności jest niezwykle przyjemny i mi autentycznie kojarzy się z zapachem jabłecznika z cynamonem, tak zapach masła czekoladowo-orzechowego nie przypadł mi do gustu. Dla mnie jest on po prostu zbyt ciężki i strasznie duszący, mimo że zapachy czekoladowe uwielbiam. I tak jak ogromnym plusem dla mnie jest to, że zapach szarlotkowego masła na mojej skórze utrzymywał się bardzo długo tak w przypadku drugiego produktu był to dla mnie spory minus. Wydajność obydwu maseł jest całkiem dobra - każde z nich starczyło mi na około miesiąc codziennego używania.

Do masła szarlotkowego z pewnością jeszcze kiedyś wrócę, bo jego stosowanie było dla mnie ogromną przyjemnością - nawet mojemu mężowi podobał się zapach tego produktu (a jemu wszystkie smarowidła do ciała wiecznie śmierdzą) natomiast z wersją czekoladowo-orzechową było to moje pierwsze i ostatnie spotkanie. 

Mieliście może do czynienia z tymi masłami do ciała? Jestem bardzo ciekawa co sądzicie o tych produktach :)


piątek, 31 stycznia 2014

Ulubieńcy stycznia :)

Kiedyś, na początku mojego blogowania były u mnie posty z ulubieńcami miesiąca, potem jakoś zaprzestałam ich tworzenia i w zasadzie nie wiem dlaczego. Postanowiłam je przywrócić ponieważ bardzo lubię u Was na blogach czytać/oglądać tego typu wpisy. W związku z tym zapraszam Was dzisiaj na ulubieńców stycznia.


Po kremowo-olejkowy żel pod prysznic z firmy Balea o zapachu słodkich pomarańczy i limonki sięgałam w styczniu stosunkowo często. Pod prysznicem mam otwartych kilka żeli pod prysznic jednak to ten konkretny produkt najbardziej mnie zachwycił. Ma przyjemną, kremową konsystencję, bardzo dobrze się pieni (używany z myjką), pięknie pachnie i do tego wszystkiego skóra po jego użyciu jest przyjemna i miła w dotyku. Jeśli dodać do tego jego niską cenę (ok. 0,85 €) to żel ideał :) 

Po kąpieli czy prysznicu prawie za każdym razem sięgałam po szarlotkowe masło do ciała z Farmony. Szybko się wchłania, dobrze nawilża skórę i przepięknie pachnie jabłkami z cynamonem. Nawet mój mąż powiedział, że pachnę szarlotką, a on jest totalnym ignorantem jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju zapachy kosmetyków i kosmetyki w ogóle. Żałuję, że to masło przeleżało w mojej szafie rok i dopiero teraz je odkryłam, ale jak to się mawia: lepiej późno niż wcale.

Moje dłonie przechodzą ostatnio dramat. W niektórych miejscach są wysuszone na wiór a w dotyku przypominają tarkę. Z pomocą w styczniu przychodził mi balsam do rąk z firmy Pat&Rub z serii otulającej. Systematycznie wcierany sprawiał, że moje dłonie wyglądały lepiej i skóra w dotyku była o wiele przyjemniejsza. Balsam jest dosyć wydajny, pięknie pachnie i szybko się wchłania pozostawiając na dłoniach przyjemną aczkolwiek nietłustą warstewkę. Aktualnie jest on na wykończeniu ale w zapasie mam kolejne opakowanie.

Przez blogosferę przewinęło się sporo dobrych opinii na temat oczyszczającego płynu micelarnego z L'Oreal. Ja także postanowiłam go przetestować i sprawdzić czy jest w stanie zastąpić mi Biodermę przy demakijażu oczu. Ci co uważnie śledzą mojego bloga wiedzą, że moje oczy są strasznie wrażliwe i niewiele produktów się przy nich sprawdza. A micel z L'Oreala sprawdził się... rewelacyjnie! Dobrze zmywa makijaż oczu i jest przy tym dla nich bardzo delikatny. Nie zauważyłam żadnych podrażnień, żadnego szczypania, zaczerwienienia. Już wiem dlaczego wiele osób porównuje go do Biodermy. Jak go wykorzystam to przetestuję jeszcze micel z Garniera ale do tego na pewno jeszcze wrócę.

Było ciało, dłonie, demakijaż, czas więc też i na usta. W tym roku, podobnie jak i w zeszłym o moje usta dba pomadka waniliowo-mandarynkowa z Alverde. Przy tak niskich temperaturach spisuje się fantastycznie: usta są nawilżone, natłuszczone i dobrze zabezpieczone przed mrozem czy wiatrem. U mnie oprócz podstawowego zadania miała jeszcze jedno: doprowadzić moje masakrycznie wysuszone usta do porządku. I doskonale dała sobie radę.

Ostatnimi produktami, po które bardzo chętnie sięgałam w styczniu były lakiery Essie: midnight cami oraz top coat good to go. 'Midnight Cami' to piękny granacik z takimi delikatnie mieniącymi się drobinkami, które zauważyć można tylko wtedy jak się bardzo dokładnie przyjrzy paznokciom. Rewelacyjnie się nakłada, długo się na paznokciach utrzymuje... coraz bardziej lubię lakiery z tej firmy. Natomiast 'good to go' używam już długo, ale ostatnio zrobiłam przerwę dla innego lakieru nawierzchniowego. Jak możecie się domyślić - do Essie wróciłam z podkulonym ogonem. Wysusza, pięknie nabłyszcza i sprawia, że lakier choć chwilę dłużej się utrzymuje na paznokciach. Jedyną jego wadą jest to, że dość szybko gęstnieje. Mam ochotę przetestować jeszcze raz bardzo zachwalany Sally Hansen 'Insta-Dri' (bo poprzednia wersja mi się jakaś trefna trafiła), polecacie go?

Tak prezentują się moi styczniowi ulubieńcy :)
Używaliście któregoś z przedstawionych przeze mnie kosmetyków?


środa, 25 września 2013

Farmona - Peeling do ciała wiśnia & porzeczka

W sierpniowym denku (klik) znalazł się produkt, który zasłużył sobie na miano jednego z moich ulubieńców, jeśli chodzi o peelingowanie ciała. Jak już pisałam wielokrotnie, za samym procesem peelingu nie przepadam i chyba nigdy go nie polubię, natomiast staram się go wykonywać chociaż raz w tygodniu (co nie zawsze mi wychodzi), żeby pozbyć się martwego naskórka. 

O peelingu do ciała z firmy Farmona czytałam same pochlebne opinie, a że ja jestem zwolenniczką mocnych zapachów tej firmy, to postanowiłam sięgnąć po 3 wersje zapachowe. Dzisiaj będzie o jednej z nich, a mianowicie wiśniowo-porzeczkowej.


OD PRODUCENTA
Zmysłowy zapach owoców z Kraju Kwitnącej Wiśni, symbolu intensywnego i pełnego radości życia, spleciony
z orzeźwiającym aromatem porzeczki to gwarantowany relaks, spokój i uczucie błogości.
Gruboziarnisty peeling doskonale usuwa zanieczyszczenia i martwe komórki naskórka, poprawia mikrokrążenie
i pobudza do odnowy. Ciało pozostaje idealnie oczyszczone, wygładzone i aksamitnie miękkie w dotyku.

Sposób użycia: Niewielką ilość nanieść na wilgotną skórę, delikatnie masować, spłukać. 
Stosować 1-2 razy w tygodniu.

SKŁAD
Aqua (Water), Sodium Laureth Sulfate, Acrylates Copolymer, Cocamidopropyl Betaine, Polyurethane, Glycerin, Polysorbate 20, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Powder, Xanthan Gum, Sodium Chloride, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, Parfum (Fragrance), Benzyl Alcohol, Coumarin, Eugenol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, DMDM-Hydantoin, Cl 16255, Cl 14720, Cl 42090.

MOJA OPINIA O PRODUKCIE


Opakowanie
Produkt został umieszczony w niewielkiej, bo 120 ml buteleczce, wykonanej z dość twardego tworzywa, zamykanej
na klik bądź jak kto woli - na zatrzask. Buteleczka otwiera się bez problemu, więc nie trzeba się martwić o połamane paznokcie. Jest jednak dosyć twarda więc czasami ciężko z niej wydobyć produkt i trzeba się nagimnastykować żeby
ją ścisnąć. 
Design opakowania bardzo mi się podoba, jest kolorowy i przyciągający wzrok. Od zawsze produkty firmy Farmona przyciągały mój wzrok na drogeryjnych półkach i tak już zostało.


Konsystencja, wydajność
Peeling ma konsystencję raczej rzadką więc trzeba uważać, bo kilka razy zdarzyło mi się, że zamiast na moim ciele
to wylądował w wannie. Posiada on w sobie dwa rodzaje drobinek: jedne są koloru czerwonego natomiast drugie - czarnego. Wyglądają dość niepozornie, ale są naprawdę ostre, więc produkt ten zdecydowanie można zaliczyć do mocnych zdzieraków.
Peeling wystarczył mi na ok.5-6 użyć, więc może i do najwydajniejszych nie należy, ale raz - jego pojemność jest niewielka i dwa - jego cena także jest niska.


Zapach
Jeśli chodzi o zapach to pod tym względem kolejny raz Farmona mnie nie zawiodła. Zapach jest piękny, przeważa w nim wiśnia aniżeli porzeczka, ale to dobrze, bo zdecydowanie bardziej wolę ten pierwszy aromat. I oczywiście jest intensywny, jak to w przypadku produktów Farmony bywa. Jedni te zapachy kochają, inni wręcz nienawidzą - ja znajduję się w pierwszej grupie :)

Działanie
 Gdybym nie przeczytała wcześniej opinii o tym produkcie na blogach, pomyślałabym sobie, że jest to taki sam peeling jak ten z firmy Joanna, także w małych buteleczkach, za którym ja osobiście nie przepadam. I wtedy pewnie popatrzyłabym na niego i poszła dalej. Kupując go i 2 inne warianty zapachowe wiedziałam, że będę miała do czynienia
z czymś mocnym. I faktycznie tak jest. Peeling jest naprawdę mocnym zdzierakiem, który skutecznie pomaga pozbyć się martwego naskórka. Delikatnie się pieni co sprawia, że skóra oprócz tego, że jest wypeelingowana, jest także umyta.
To co mi się bardzo podoba to to, że moja skóra po użyciu tego produktu jest naprawdę gładka i miła w dotyku
i w żadnym wypadku nie jest wysuszona (a po tych małych peelingach Joanny moja skóra była sucha jak wiór). Niektórzy pewnie mogliby podarować sobie nałożenie masła czy balsamu, ja jednak zawsze po zrobieniu peelingu aplikuję na ciało olejek.


Podsumowanie
Peelingi Farmony z serii Tutti Frutti to naprawdę produkty godne uwagi. Są tanie, mają niewielkie pojemności - co jest bardzo przydatne w czasie podróży (lub żeby komuś nie przejadł się zapach), pięknie pachną, myją ciało i przede wszystkim porządnie ścierają martwy naskórek. I oczywiście są niedrogie. Obecnie używam wersji o zapachu melona
i arbuza a w zapasach mam jeszcze jedną :) Uwielbiam te maluchy :)

- pojemność: 120 ml
- cena: 5 PLN
- dostępność: Natura, Auchan, sklep internetowy Farmony

Natalia


środa, 13 lutego 2013

Farmona - Szarlotkowy peeling do mycia ciała czyli coś na poprawę humoru :)

W którejś notce pisałam Wam, że za peelingami do ciała nie przepadam, a właściwie nie za kosmetykami a za samym procesem peelingowania ciała. Robię to jednak raz w tygodniu, żeby pozbyć się martwego naskórka. A jak już robię to raz w tygodniu to staram się sięgać po kosmetyki dość mocno drapiące. Poprzednim drapakiem jakiego używałam był również peeling z Farmony o zapachu wanilii i indyjskich daktyli, który był dobry ale jego zapach mi nie odpowiadał. Dzisiaj z kolei przestawię Wam jego brata czy kuzyna czyli szarlotkowy peeling do mycia ciała również od Farmony.


OD PRODUCENTA

Słodka uczta dla ciała i zmysłów! Wyjątkowy kosmetyk o kuszącym zapachu słodkiej szarlotki z bitą śmietaną i zmysłowym cynamonem został stworzony do codziennej pielęgnacji i mycia ciała, dla osób, które dbają o zdrowy wygląd skóry i lubią pozwalać sobie na chwile przyjemności. Specjalnie opracowana, bogata receptura doskonale myje i odświeża skórę, nie powodując jej wysuszenia. Drobinki peelingujące usuwają zanieczyszczenia i martwe komórki naskórka, a delikatna piana o zniewalającym zapachu rajskiego deseru dodaje energii, uwodzi i inspiruje, wyraźnie poprawiając nastrój. Regularne stosowanie Szarlotkowego peelingu do mycia ciała doskonale odżywia skórę i poprawia jej sprężystość oraz pozostawia długotrwały uwodzicielsko słodki zapach i aksamitnie gładką skórę. 

Sposób użycia: Peeling nanieść na zwilżoną skórę wykonując delikatny masaż ciała. Następnie dokładnie spłukać wodą.

SKŁAD


MOJA OPINIA

Peeling otrzymujemy w 225 ml butelce wykonanej z plastiku, choć nie tak miękkiego jak kremy do rąk. Jest on twardszy ale spokojnie z tego opakowania można wydobyć produkt i da się je nacisnąć. Bardzo lubię opakowania Farmony w sensie wizualnym, są niezwykle "apetyczne" i na półkach sklepowych zawsze przyciągają mój wzrok. Tak jak nieraz mam problemy z odnalezieniem jakiś produktów, tak z Farmoną nie mam tego problemu nigdy. Opakowanie jest zamykane tak jak i żele pod prysznic na "klik" czy jak ktoś woli na "pstryczek". Bez problemu można je otworzyć nawet mokrymi rękoma podczas prysznica.


Żeby wydobyć produkt, radzę butelkę trzymać postawioną na głowie albo postawić ją tak na kilkanaście minut przed zrobieniem peelingu - wtedy wszystko ładnie spływa do otworu wylotowego i nie ma żadnego problemu z wydobyciem kosmetyku. Na początku stawiałam butelkę normalnie, ale to ciągłe potrząsanie butelką w celu wylania peelingu na rękę doprowadzało mnie do szału. 

Konsystencja peelingu nie jest ani zbyt rzadka ani zbyt gęsta - powiedziałabym że jest w sam raz. Nic się nie przelewa przez palce, produkt nigdzie nie ucieka.  Drobinek peelingujących jest całkiem sporo i uwaga - te drobinki są naprawdę ostre! Absolutnie mi to nie przeszkadza ponieważ lubię mocne zdzieraki. Nie wiem tylko, dlaczego producent uważa, że produkt ten nadaje się do codziennego użytku. Gdybym używała go codziennie to chyba bym pozbyła się całej skóry a nie martwego naskórka ;) Ilekroć robię ten peeling to mąż mnie się pyta czy byłam może na solarium (choć nigdy nie chodzę bo nie przepadam za opalaniem się) bo skórę mam czerwoną jak wóz strażacki. Jednak po zrobieniu peelingu nic mnie nie boli ani nie piecze i gdyby mąż mi nie powiedział, że mam np. czerwone plecy to bym pewnie nawet o tym nie wiedziała. Jedyne miejsce na które uważam to piersi i dekolt, ponieważ w tych miejscach faktycznie odczuwam ostrość tego peelingu.


Jeśli chodzi o zdzieranie martwego naskórka to szarlotkowy peeling radzi sobie z tym bardzo dobrze. Skóra po jego użyciu jest gładka i miła w dotyku. Leniuszki mogłyby sobie odpuścić balsamowanie, choć ja odpuszczam je sobie tylko w przypadku peelingów cukrowych, które pozostawiają na skórze tłustawą warstewkę. Peeling ten także bardzo dobrze spisuje się jako produkty myjący - przed jego wykonaniem nie odczuwam potrzeby czy konieczności użycia żelu pod prysznic. Skóra po nim jest czysta i faktycznie odświeżona.

Niewątpliwym atutem tego produkt, prócz mycia ciała i zdzierania martwego naskórka jest jego fantastyczny zapach. Ilekroć go używam to faktycznie czuję się, jakbym była w mojej ulubionej kawiarni PI i jadła serwowaną tam szarlotkę z bitą śmietaną i cynamonem :) Wiem, że kosmetyki Farmony albo się kocha albo nienawidzi za ich intensywne zapachy, ten jednak jest wyjątkowo udany. I tak jak nie przepadam za robieniem peelingów do ciała tak po ten raz w tygodniu sięgam z wielką przyjemnością właśnie ze względu na zapach.

- pojemność: 225 ml
- cena: ok. 13 zł (kupiłam w komplecie razem z masłem do ciała za 27 zł)
- dostępność: Douglas, SP, sklepy internetowe

PS. W zapasach mam jeszcze masło do ciała z tej serii - sama jestem ciekawa jak się ono sprawdzi bo czytałam o nim różne skrajne opinie.


wtorek, 20 listopada 2012

Zakupowo :)

Ostatnio nie pokazywałam Wam moich zakupów. Jakoś o nich kompletnie zapomniałam, a później a to dziecko nie spało w dzień a wieczorami mąż przesiadywał przy komputerze i ja nie miałam kiedy wstawić fotek.

Dzisiaj przychodzę do Was właśnie z fotką zakupową.
Nie są to zakupy z jednego dnia a właściwie z tygodnia albo nawet i trochę dłuższego okresu czasu.


Pierwsze zdjęcie to zakupy z Rossmanna oraz drogerii Aster.





Bourjois, woda micelarna do demakijażu twarzy i oczu, 250ml, 13,99zł



Lirene, dwufazowy płyn do demakijażu oczu, 125ml, 13,49zł



Original Source, żel pod prysznic śliwka i syrop klonowy, 250ml, 8,69zł



Pierre Rene, wygładzająca baza pod makijaż, 30ml, ok. 27 zł



Pierre Rene, podkład do twarzy Skin Balance w odcieniu porcelain, 30ml, ok. 25-26zł



My Secret, transparentny sypki puder matujący, 12g, 13,99zł



Flos-Lek, wazelina kosmetyczna do ust o zapachu wanilii, 15g, ok. 5,70zł


Kolejne niewielkie zakupy zostały poczynione w SuperPharm.





Farmona, szarlotkowe masło do ciała i szarlotkowy peeling do mycia ciała, 27,99zł



Nivea, masełka do ust: malinowe i karmelowe, 16,7g, 7,99zł/szt


Tak prezentują się moje zakupy z przeciągu ostatniego tygodnia albo i nawet 1,5 tygodnia :)

Najbardziej chciałam zakupić masełka do ust Nivea. Jak tylko zobaczyłam je w gazetce SP to pomyślałam sobie: muszę je mieć. Dostępne były 4 wersje: wanilia, malina, karmel i bezsmakowe. Z chęcią przygarnęłabym wszystkie oprócz bezsmakowego, ale smarowideł do ust mam tyle, że chyba nie zdążę ich zużyć ;)

A jak już byłam w SP i zobaczyłam ostatni zestaw szarlotkowy z Farmony to jakoś sam wskoczył mi do koszyczka. Polowałam na niego ale nigdzie nie mogłam go znaleźć, a on po prostu na mnie czekał na półeczce. No jak mogłabym go nie kupić? ;)

A Wy kupiłyście sobie coś ostatnio?

Miłego popołudnia!


środa, 31 października 2012

Październikowe denko :)

Trochę się w poprzednim poście pożaliłam - teraz czas na milsze aspekty, czyli październikowe zużycia.
Jestem z siebie dumna, trochę się tego w tym miesiącu także nazbierało :)




Zapraszam, na krótką prezentację poszczególnych produktów :)



  • Balea żel pod prysznic wiśnia i migdał. Żele Balea to jedne z moich ulubionych żeli pod prysznic. Kosztują naprawdę grosze, a są wydajne, dobrze się pienią, mają piękne zapachy i nie wysuszają skóry. Mam ich kilka w zapasie. Uwielbiam


  • Balea kokosowy krem do ciała. Pisałam o nim  tutaj.


  • Farmona waniliowy scrub do mycia ciała Wanilia i Indyjskie Daktyle. Pisałam o nim tutaj.


  • Yves Rocher regenerujący balsam do stóp z lawendą. O nim możecie poczytać tutaj.


  • Balea kakaowa sól do kąpieli. Jak dla mnie rewelacja. Kąpiel z nią to była czysta przyjemność. Zapach jaki się roztaczał naprawdę przypominał kakao i trwał przez całą kąpiel. Szkoda, że została chyba wycofana z DM-u bo na pewno kupiłabym kolejne saszetki.


  • Ziaja tonik do twarzy płatki róży. Miałam 2 opakowania tego toniku i byłam z niego zadowolona. Dobrze odświeżał, oczyszczał z resztek makijażu i pozostawiał buzię niesamowicie gładką. Teraz testuję inne ale na pewno do niego wrócę.
  • Ziaja naturalne oliwkowe mleczko do demakijażu. Używałam go dość długo, bo tak jak kiedyś uwielbiałam mleczka do twarzy tak teraz jakoś mi się przejadły. Mam jeszcze jedno opakowanie, które zużyję, ale czy wrócę w ogóle do mleczek to nie wiem, może za jakiś czas. Jednak jeśli ktoś lubi mleczka to to mogę polecić - dobrze zmywa makijaż.


  • Ziaja Med kuracja lipidowa żel do twarzy fizjoderm. Bardzo się z nim polubiłam. Na początku do zmywania makijażu używałam płynu miceralnego a resztki domywałam tym żelem, ale potem odkryłam, że żel ten świetnie sobie radzi ze zmyciem całkowitego makijażu. Nie pieni się (co mi nie przeszkadza) i pozostawia skórę nawilżoną. Kupię ponownie.


  • Biochemia Urody peeling enzymatyczny EKO.  To moje już któreś kolejne zużyte opakowanie, a w użyciu jest teraz nowe :) Pojawi się o nim oddzielna recenzja. To mój ulubieniec przez wielkie U :)
  • Biochemia Urody puder bambusowy. O nim możecie poczytać tutaj.
  • Biochemia Urody pomarańczowy olejek myjący. O nim też już było o tutaj :)


  • Astor podkład do twarzy Natural Finish nr 200 Beige. Bardzo fajnie nawilżał skórę, ale niestety szybko się z twarzy ścierał (na szczęście w miarę równomiernie). I kolor - niby najjaśniejszy, ale naprawdę ciemny. Nie kupię ponownie.


  • Essence multi action mascara. Bardzo fajny i tani tusz do rzęs. U mnie sprawował się kapitalnie. Dwie warstwy tuszu ładnie podkreślały rzęsy i co najważniejsze - w ogóle się nie kruszył ani nie uczulił. Kupię jeszcze wiele razy.
  • Clinique high impact mascara. Nigdy więcej. Pisałam o nim tutaj.


  • CeCe of Sweden szampon do włosów farbowanych z czereśnią i keratyną. Początkowo był duży zachwyt, na koniec okazał się bublem. Będzie o nim oddzielna notka.


  • Marion Spa termoaktywny duet dla dłoni: peeling + kremowe serum. Dosyć fajny produkt. Dłonie były po tym peelingu i po nałożeniu serum naprawdę gładkie. Jak uda mi się go dorwać to kupię kolejne opakowania.
  • Oriflame odżywczy krem do suchych dłoni. O nim pisałam tutaj.


  • Ziaja kojąca maseczka do twarzy z różową glinką. Bardzo lubię Ziajowe maseczki do twarzy: ładnie nawilżają buzię, skóra jest po nich gładka i miękka. Ta faktycznie koi zaczerwienioną skórę.
  • Efektima maseczka oczyszczająca. Jeśli szukacie dobrej oczyszczającej maseczki to nigdy nie miałam lepszej. Rewelacyjnie oczyszcza a jej skutki są widoczne natychmiastowo :)
  • Dr. Van Der Hoog maseczka do twarzy z czekoladą, rewitalizująca. Ma naprawdę czekoladowy kolor i buzia po jej użyciu jest miękka i gładka. Polubiłam się z nią :) Dzięki Zanka!
  • Balea maseczka do twarzy z malinami. Do maseczek tej firmy mam mieszane uczucia: niby nie każą zmywać ich wodą, ale jak się tego nie zrobi to buzia się masakrycznie klei i skóra roluje :/ Spróbuję następnym razem jednak zmyć maseczkę wodą, może skutek będzie lepszy.


  • Carea płatki kosmetyczne 100% bawełny. Moje ulubione. Kupuję na okrągło i zużywam naprawdę sporo :)

Tak prezentują się moje październikowe zużycia.
Jestem z siebie dumna bo trochę ich jednak było :)


środa, 17 października 2012

Waniliowy scrub do mycia ciała Sweet Seret od Farmony

Długo zastanawiałam się, czy pisać recenzję tego produktu, ponieważ na wielu blogach można poczytać o waniliowym scrubie do mycia ciała od Farmony. Postanowiłam jednak, że recenzję napiszę - kto będzie zainteresowany to ją przeczyta, kto nie - to ją ominie ;).




Od producenta:
Słodka uczta dla ciała i zmysłów! Wyjątkowy kosmetyk o gęstej konsystencji i wspaniałym orientalnym zapachu został stworzony do mycia i pielęgnacji ciała, dla osób, które cenią produkty naturalne i chcą podarować sobie chwile przyjemności. Specjalnie opracowana, bogata receptura na bazie ekstraktu z wanilii i dojrzałych daktyli błyskawicznie poprawia kondycję i wygląd skóry, a drobinki ścierające usuwają zanieczyszczenia i martwe komórki naskórka, poprawiając mikrokrążenie i dotlenienie skóry. Regularne stosowanie Waniliowego scrubu pod prysznic zapewnia uczucie wypielęgnowanej i jedwabiście gładkiej skóry, nadając jej jednocześnie przytulny zapach, który pobudza, uwodzi i inspiruje. 

Sposób użycia: Scrub nanieść na zwilżoną skórę wykonując delikatny masaż, a następnie spłukać ciepłą wodą.

Składniki/ingredients: aqua, isopropyl myristate, pumice, glyceryl stearate citrate, cetearyl alcohol, paraffinum liquidum, cyclomethicone, parfum, glyceryl stearatem helianthus annuus seed oil, glycerin, cocamidopropyl betaine, phenoxyethanol, methylparaben, butylparaben, ethylparaben, propylparaben, vanilla, propylene glycol, tamarindus indica extract, macadamia ternifolia shell, cera alba, acrylates/C10-C30 alkyl acrylate crosspolymer, xanthan gum, disodium edta, sodium hydroxide, cl 16255, cl 19140, bha.


Jaka jest moja opinia na temat tego scrubu?

Zacznę może od tego, że ogólnie rzecz biorąc nie przepadam za procesem "peelingowania" ciała. Robię to regularnie raz w tygodniu, ponieważ lubię efekt cudownie gładkiej skóry po peelingach ale robienie peelingu nie należy do moich ulubionych czynności. Schodzi mi na to strasznie dużo czasu i zazwyczaj mąż mi gdera, żebym wreszcie raczyła wyjść z łazienki ;)

Waniliowy scrub do mycia ciała wygląda bardzo niepozornie i jak go kupiłam to sobie pomyślałam "czy oby na pewno on jest takim mocnym zdzierakiem jak pisze wiele osób na blogach?". Nie dajcie się jednak zwieść pozorom - peeling naprawdę jest bardzo mocny.






Jak możecie zauważyć na zdjęciu peeling posiada takie czarne drobinki - są to pestki daktyli indyjskich (tak przynajmniej je nazywa producent). Dla mnie mogłoby ich nie być, bo to nie one sprawują rolę zdzierającą naskórek, jest to raczej denerwujący dodatek, który może się wczepiać we włosy, np. na rękach.

Działanie tego peelingu jest naprawdę niesamowite! Szybko stał się on moim ulubieńcem :) Po jego użyciu skóra jest gładka i miła w dotyku, czuć, że ten martwy naskórek faktycznie został usunięty. I coś dla leniuchów - po jego użyciu spokojnie można się obejść bez smarowidła do ciała. Osobiście smaruję się codziennie, ale ostatnio moje dziecko się obudziło i czym prędzej do niego biegłam, więc po peelingu niczego nie nałożyłam i moja skóra przez cały następny dzień była gładka i nawilżona.

Przestrzegam Was jednak przed mocnymi masażami tym produktem w wrażliwych strefach. Za pierwszym razem jak go używałam zbyt mocno potarłam klatkę piersiową i plecy i byłam czerwona niczym straż pożarna, aż skóra mnie dosłownie piekła. Teraz jak używam tego peelingu to dekolt masuję bardzo delikatnie i mimo, że i tak jest czerwony to nie odczuwam w związku z tym żadnego dyskomfortu.

Jedyne co nie podoba mi się w tym peelingu to jego zapach. Miałam nadzieję, że będzie pachniał pięknie waniliowo a wyczuwam w nim wanilię - strasznie chemiczną niestety. Jednak ze względu na jego działanie przymykam oko (a w zasadzie nos ;)) na jego zapach i używam namiętnie. Jak zużyję moje peelingowe zapasy to na pewno do niego wrócę.

Pojemność: 225 ml
Cena: ok. 14 zł
Dostępność: perfumerie Douglas

A Wy dziewczyny używacie peelingów do ciała? Lubicie ten "proces"? Macie jakieś swoje ulubione kosmetyki przeznaczone do tego celu? :)


wtorek, 2 października 2012

Ulubieńcy września

Po poście denkowym nadszedł czas na ulubieńców września.
Tych kosmetyków w minionym miesiącu używałam najczęściej. Część z nich się powtarza z miesiąca sierpniowego a część jest nowych. Zapraszam więc do lektury albo raczej oglądania zdjęć ;)




Tak prezentuje się całość moich ulubieńców wrześniowych. 
Porobiłam jednak osobne fotki co by lepiej było ich widać :)
Nie będę się jednak zbyt wiele rozpisywać bo chciałabym o tych produktach zrobić oddzielne recenzje.



  • Biochemia Urody pomarańczowy olejek myjący do twarzy. Niewątpliwie mój ulubieniec, świetnie zmywa makijaż twarzy w tempie ekspresowym.
  • Bioderma płyn miceralny Sensibio H2O. Używam go głównie do demakijażu oczu: nie podrażnia, nie szczypie w oczy i doskonale zmywa wszystko co się na powiekach znajduje.
  • Ziaja Med fizjoderm żel. Odkąd go używam bardzo go polubiłam. Nie pieni się ale doskonale oczyszcza buzię po nocy a także domywa resztki makijażu (do całkowitego demakijażu go nie stosowałam) i buzia jest po nim gładka.



  •  L'biotica intensywnie regenerująca maseczka do włosów słabych ze skłonnością do wypadania Biovax. Na pewno maseczki tej firmy są Wam znane. Jeśli chodzi o zmniejszenie wypadania włosów to tego nie zauważyłam, być może trzeba by było stosować razem z szamponem, ale włosy są po niej miękkie i gładkie.



  • Farmona waniliowy scrub do mycia ciała Sweet Secret. Bardzo mocny zdzierak. Zapach co prawda mi nie podszedł bo to chyba chemiczna wanilia ale dla działania jestem skłonna go używać.
  • Oriflame odżywczy krem do rąk z olejkiem ze słodkich migdałów. Kremów do rąk na ogół mam pootwieranych kilka ale we wrześniu to po niego sięgałam najczęściej. Cudowny.



  • Biochemia Urody puder bambusowy z jedwabiem i owsem. Wcześniej używałam go pod puder kolorowy, teraz używam na podkład i stwierdzam, że już więcej niczego nie potrzebuję. Z wiekiem stwierdzam, że tona pudru jednak mi nie potrzebna. Niestety już się kończy więc będę musiała go koniecznie zamówić.
  • Inglot chusteczki matujące. Uwielbiam, używam od długiego czasu i myślę, że zostaną ze mną na stałe.
  • Essence colour&shine cień do powiek 08 joyride to jupiter. To właśnie ten cień gościł na moich powiekach najczęściej w minionym miesiącu. Piękna, mieniąca się zieleń.

Tak prezentują się moi wrześniowi ulubieńcy.
Miałyście któreś z tych rzeczy? Byłyście zadowolone?

Miłego dnia :)


LinkinWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...